Zainteresowanie mieszkaniami znów rośnie.

Epidemia zatrzymała szybki wzrost cen mieszkań, z którym mieliśmy do czynienia jeszcze na początku roku. Nie widać przy tym poważnych przecen. Barierami dla nich są m.in. bezprecedensowa stymulacja monetarna i fiskalna, kondycja finansowa gospodarstw domowych czy fakt, że Polacy szukają dziś bezpiecznej przystani dla swoich oszczędności.

Wprowadzone przy okazji epidemii restrykcje mają wpływ na sytuację na rynku mieszkaniowym. Po ponad dwóch miesiącach od zamrożenia gospodarki możemy już jednak z całą stanowczością powiedzieć, że pogłoski o mającej rychło nadejść śmierci rynku mieszkaniowego były bardzo mocno przesadzone. Co prawda liczba zawieranych transakcji w kwietniu wyraźnie spadła, ale już w maju mamy do czynienia z ożywieniem.

Oczywiście jeśli koronawirus i związane z nim ograniczenia gospodarcze zostaną z nami na dużej, kryzys weźmie górę, wzrośnie bezrobocie, płace Polaków przestaną rosnąć, coraz więcej gospodarstw domowych będzie miało problemy finansowe, a banki jeszcze mocniej zakręcą kurki z kredytami hipotecznymi, to ceny mieszkań mogą oczywiście spaść. Nawet jednak wtedy przeceny nie powinny być duże, bo i przed epidemią nasz rynek nie urósł zbyt mocno (na tle innych krajów Europy), a jego fundamenty były racjonalnie oparte o rosnącą zamożność społeczeństwa przy niewielkiej skali spekulacji. Punkt startowy mamy więc zupełnie inny niż na przełomie lat 2007/8, a ówczesne wyceny kryzys zrewidował zaledwie o kilkanaście procent.

Nie powinniśmy przy tym pomijać czynników znajdujących się po drugiej stronie równania. O co chodzi? Mamy przecież m.in. bezprecedensowy program stymulacji monetarnej i fiskalnej. Te w otoczeniu wzmożonej inflacji mogą działać na rynek mieszkaniowy w zupełnie odwrotną stronę – w kierunku stabilizacji cen, a w skrajnym przypadku nawet nominalnych wzrostów. Dlatego porzućmy na chwilę kasandryczne wizje kryzysu na rynku mieszkaniowym i ratujmy się inwestując pieniądze, które wobec rosnącej inflacji tracą na wartości.